Rozmowa ze Studentką o A Corunii. „Będąc na Erasmusie, skup się na podróżowaniu”

Podróżowanie i surfowanie po Oceanie Atlantyckim – między innymi tak wyglądał Erasmus Martyny, studentki stosunków międzynarodowych, która jeden semestr spędziła w hiszpańskiej miejscowości A Coruña (Galicja).

Jak dostać się na Erasmusa? O której wyjść na imprezę w Hiszpanii, by nie być pierwszym? I dlaczego hiszpańska tortilla nie ma nic wspólnego z meksykańskim wrapem? Zapraszam do przeczytania rozmowy.

***

Bartłomiej Dąbal: Buenas tardes, Martyno!

Martyna: Dobry wieczór!

BD: Wróciłaś właśnie z A Corunii. Kiedy zaczęłaś myśleć o Erasmusie?

Krótko przed rekrutacją uzupełniającą. O Hiszpanii myślałam od samego początku, później zdecydowałam się na A Corunię. Zrekrutowałam się, pół roku byłam w Hiszpanii i jestem z powrotem.

BD: Czy trudno było się dostać?

Mało osób z mojego kierunku tam jechało, było też niewielu chętnych do Hiszpanii – zarówno ze stosunków międzynarodowych, jak i prawa. Byłam chyba jedną osobą kandydującą do uniwersytetu w A Corunii.

BD: Co musiałaś zrobić jeszcze przed wyjazdem?

To są głównie formalności – typu podpisanie Learning Agreement (dokument do którego student wpisuje m.in. przedmioty, które będzie studiował za granicą – przyp. BD). W moim przypadku, musiałam uzyskać zgodę promotora, ponieważ jestem w tym momencie na III roku studiów. Musiałam wnioskować o seminarium, przeprowadzane ze granicą. To były w sumie najważniejsze formalności.

BD: A poza tym – rekrutacja. Jak wyglądała?

Były testy językowe, rozmowa z komisją, i to chyba było najtrudniejsze. Żeby przez to przebrnąć, ale dało radę.

BD: Nie bałaś się bariery językowej, tęsknoty za rodziną i przyjaciółmi. Stres czy poradzisz sobie zdaną samą na siebie. Też tak miałaś?

Tak, pojawiła się taka myśl przez moment. Ale tylko przez moment! Lubię wyzwania i podróże. Traktowałam to jako dobrą okazję do poznania nowych rzeczy. To było jak szansa na przeżycie czegoś dobrego.

BD: Jaka była twoja znajomość języka hiszpańskiego przed wyjazdem?

Bardzo podstawowa. Szczerze mówiąc, zajęcia miałam po angielsku i przybywałam w towarzystwie osób mówiących po angielsku. Mimowolnie, mój język hiszpański się nie polepszył. Nie nauczyłam się dużo, ale… dla chcącego nic trudnego. Jeżeli chcesz się nauczyć języka na Erasmusie, zrobisz wszystko, by otaczać się Hiszpanami czy Kolumbijczykami, których jest sporo w A Corunii.

BD: Kolumbijczycy! Jakie inne nacje przytoczyły się jeszcze przez Erasmusa w Hiszpanii?

Było dużo osób z Meksyku. Było również dużo osób z Polski, było nas ponad 20-30. Ponadto – Wenezuela, Argentyna, Chile z Ameryki Łacińskiej i Niemcy z Europy.

BD: Z jakich miast przyjechali pozostali Polacy?

Poznałam parę osób z Warszawy – z Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Koźmińskiego. Były też osoby z Poznania, Gdańska i Krakowa. Ale z warszawskiego UKSW byłam sama!

BD: Mówi się, że Erasmus to czas wiecznej imprezy – mało nauki, dużo integracji. Też to tak odczuwałaś?

Ja byłam bardzo często na zajęciach, ale kluby – oczywiście też wchodziły w grę. Wiadomo, Erasmus! Od czasu do czasu trzeba zapoznać się z rówieśnikami.

BD: A czy zauważasz różnice między tym, jak imprezuje się w Polsce a Hiszpanii?

Tak, zdecydowanie. Hiszpanie zaczynają imprezy, kiedy my je kończymy. Dam Tobie przykład, tam o północy ludzie dopiero się szykują do wyjścia. To jest przeskok, bo w Polsce – o godzinie drugiej imprezy się kończą, a tam – to jest dopiero początek. Imprezują też do bardzo późna, nawet do ósmej rano.

BD: Jak oceniasz różnicę między uczelniami. Podejście do studenta, poziom… Na podstawie polskiego UKSW i hiszpańskiego UDC (Universidade da Coruña).

W A Corunii nie ma czegoś takiego jak wykład, są to raczej zajęcia-ćwiczenia, gdzie większość czasu studenci się udzielają i dyskutują w małych grupach. Jest duży wkład uczniów w zajęcia. Tutaj, na UKSW wykład polega na tym, że wykładowca cały czas mówi i opowiada, a my słuchamy.

BD: W Hiszpanii jest trochę inna skala ocen, to też różnica.

Skala w Hiszpanii wygląda tak – jest punktacja od zera do dziesięciu, przedmiot zaliczasz od oceny „5”.

BD: Ichniejsza piątka jest naszą trójką.

Dokładnie.

BD: A nasza piątka to ich…

…dziewiątka, albo dziesiątka.

BD: Jak oceniasz dojazd na uczelnię?

Uniwersytet znajduje się poza granicami miasta. Ale bezpośrednio za przekreślonym znakiem „A Coruna”, więc to też nie jest tak daleko. Jeżdżą bezpośrednie autobusy linii UDC, z częstotliwością co pięć minut w godzinach szczytu. Na uczelnię docierałam z centrum w piętnaście minut.

BD: Ile kosztował bilet autobusowy?

To jest bardzo specyficzna sprawa. Tam się wyrabia kartę, którą można naładować do kwoty stu euro. Za każdym razem gdy wchodzisz do autobusy, przykładasz kartę do czytnika i za jeden przejazd płacisz 0,85 euro. W A Corunii nie ma biletów miesięcznych.

BD: Zawiązałaś jakieś przyjaźnie ze znajomymi erasmusowymi?

Ostatnio widziałam się z dziewczynami z Warszawy, które były razem ze mną w Corunii. Utrzymuję też stały kontakt z osobami, z którymi mieszkałam.

BD: Podróże. Jakie miasta miałaś przyjemność zwiedzić na Erasmusie?

Chciałam jechać do Madrytu i do Barcelony. Ale bałam się, że „zawalę” uczelnię, nie będąc na zajęciach. To jest błędne myślenie, bo generalnie to egzamin końcowy decyduje o wszystkim. Będąc na Erasmusie, skup się bardziej na podróżowaniu niż na uczelni. Nauka nauką, ale trzeba też skorzystać z tego, że jesteś w innym kraju.

BD: Byłaś za to w Portugalii.

W Lizbonie i w Porto. A Corunia jest usytuowana tak, ze do Portugalii są ledwie trzy godziny drogi. W Porto byłam kilkukrotnie. Byłam też w Sintrze oraz Coimbrze. W tej drugiej miejscowości jest popularny uniwersytet, do którego aplikuje wielu studentów UKSW. Co mogę jeszcze powiedzieć? Dla mnie Portugalia to jest mistrzostwo, mi ten kraj się bardzo spodobał. Gdybym miała ponownie jechać na Erasmusa, prawdopodobnie byłaby to Portugalia. Zdecydowanie!

BD: Jak się można dostać do A Corunii? Czy są bezpośrednie loty z Polski?

Niestety nie. Trzeba zrobić przynajmniej jedną przesiadkę – można lecieć przez Madryt bądź Barcelonę. Ja zrobiłam inaczej, poleciałam do Porto, a kolejnego dnia odjechałam busem do Corunii. Niestety, jeżeli chodzi o bezpośrednie loty – nie da rady. To jest ten minus.

BD: Czy w A Corunii na początku mogłaś liczyć na jakąś pomoc?

W A Corunii prężnie działa ESN (Erasmus Student Network, organizacja studencka – przyp. BD). Możesz również zaaplikować i dostać swojego mentora, tzw. buddy’ego. On się tobą opiekuje, przyjeżdża po ciebie na lotnisku, pomaga zorganizować lokum i odnaleźć się na uniwersytecie. To jest taki anioł stróż.

BD: Hiszpania, wieczne słońce i wieczne opalanie się. Taka jest nasza wizja kraju z Półwyspu Iberyjskiego. Jaka była pogoda w czasie kiedy tam byłaś – na jesieni i w zimie?

A Corunia jest na tyle specyficzna, że jest na północy Hiszpanii nad Oceanem Atlantyckim. Dużo pada i dużo wieje. W porównaniu do Polski, myślę, że – dwanaście, piętnaście stopni w zimie, no to chyba nie ma w ogóle o czym mówić, wybór jest prosty! (śmiech)

BD: Śniegu w A Corunii raczej nie było.

Nie, na pewno nie.

BD: Turystyka. Co można zobaczyć w A Corunii. Czy to jest miejsce ciekawe turystycznie?

Z pewnością. Jedną z największych atrakcji jest Maria Pita Square. To jest rynek, na którym spotyka się wiele osób. Porównuję to do krakowskiego bądź warszawskiego Starego Miasta. Jest tam dużo barów i knajpek. W jego obrębie – dzieje się wszystko. Jest poza tym, Torre de Hercules, najstarsza latarnia morska na świecie. Jest położona bezpośrednio nad oceanem. Jeżeli wejdziesz na górę, masz fenomenalny widok na wodę i miasto. Według mnie, największym atutem Corunii i tak pozostanie plaża. W obrębie siedmiu minut na piechotę? Wchodzę w to!

BD: Plaże, fale. Surfowałaś?

Próbowałem raz i bardzo mi się spodobało. I chociaż nie byłam najlepsza, zrobiłabym to kolejny raz. Robiłam to pod koniec listopada. W piance ocieplającej, gdyż było mi trochę zimno.

BD: Na jakie stypendium mogłaś liczyć, jadąc do Espanii?

Stypendium wynosiło 450 euro miesięcznie.

BD: Dostawałaś pieniądze co miesiąc czy od razu?

Jest wypłacane w dwóch ratach – przed wyjazdem dostajesz 90 procent całego stypendium. Po powrocie, gdy się rozliczysz ze wszystkiego, otrzymujesz resztę. Masz o tyle dobrze, że możesz rozplanować pieniądze na sam początek, gdyż wtedy wydajesz najwięcej.

BD: Stypendium wystarczyło do przeżycia czy trzeba mieć jeszcze środki własne?

Stypendium nie ma być pokryciem całości kosztów mieszkania za granicą, lecz jedynie wyrównaniem kosztu między mieszkaniem w Polsce i za granica. Uniwersytet chce wypełnić tę lukę. W moim przypadku, stypendium nie wystarczało. Nie znam chyba nikogo, komu, by wystarczyło. Ja bardzo lubię spędzać czas aktywnie – podróżować, surfować i wychodzić wieczorami.

Ile kosztuje pokój w A Corunii?

Pokój w centrum Corunii oscyluje ok. 250 euro. Galicja i tak nie jest taka droga. Znam osoby z Barcelony, które na wynajem mieszkania wydawały całe swoje stypendium.

Jak oceniasz kulturę i mentalność hiszpańską. Uważa się, iż Hiszpanie są leniwi.

Hiszpanie mają tendencję do przekładania wszystkiego w czasie, typu…

Mañana, mañana 

Dokładnie, jak to ująłeś, „wszystko na jutro”. Można czekać nawet dwa tygodnie, na jedną rzecz, którą można zrobić od razu. Takie jest podejście Hiszpanów do ważnych rzeczy.

Czy trochę udzielił się tobie taki styl życia?

(śmiech) Dalej z tym walczę, ale chyba jest na dobrej drodze, by wygrać. Ale – nie mogę wyjść z nawyku spania do późna, którego nauczyłam się Hiszpanii.

Wykłady były tak późno?

I wykłady były późno, i Hiszpanie prowadzą taki tryb życia. Dzień jest trochę przesunięty, późno wychodzą na imprezy. Obiad jedzą około godz. 10 wieczorem. To jest różnica, prawda? Gdy my w Polsce jemy obiad – to oni mają sjestę. Restauracje są zamknięte, jeżeli chcesz zjeść obiad na mieście, to nie ma takiej może. A lokale otworzą się dopiero o godz. 20.

Obiad obiadem, a której się je śniadania, skoro tak się wszystko przesuwa?

Nooo, o które się wstaje (śmiech). Strzelałabym, że trzynasta.

Jak wyglądają hiszpańskie śniadania?

W Hiszpanii je się tłusto. Wszystko jest praktycznie smażone. Jeżeli chodzi o śniadanie – chyba najpopularniejszym daniem była tortilla. I to nie jest tortilla, jaką ty sobie wyobrażasz – wrap zawinięty z kurczakiem w środku. Hiszpańska tortilla to omlet z ziemniaków, i on jest głęboko przysmażany.

Często twoi znajomi z Hiszpanii mówili do ciebie: „vamos a tapas”?

Tapasy to w ogóle w kulturze hiszpańskiej jakieś święto (śmiech). Tam je to każdy – i zje się wszędzie. Do piwa, do kawy na uniwersytecie, do każdej okazji. Ciągle te tapasy! To są małe porcyjki jedzenia, którymi można się najeść. To może być tortilla, mogą być kalmary, ale też inne rodzaje owoców morza. My w Polsce przegryzamy jedzenie chipsami, oni tam jedzą tapasy w dużych ilościach.

W Polsce świeże owoce morza to rarytas. W Hiszpanii pewnie są trochę tańsze, bo „made in Galicia”.

Przeliczając na polskie złote, ceny będą takie same. Ale wiadomo, że nie można tego robić. Myślę, że po prostu owoce morza są tam w normalnej cenie – patrząc na ich zarobki. Tam jest wiele owoców morza. Każdy sklep ma stoisko, gdzie można kupić jeszcze ruszające się kraby czy krewetki. To jest „wow”, bo wszystko jest świeże.

***

Kontakt do autora: bartlomiej.dabal@interia.pl

***

W marcu 2019 rozmowa z Martyną w formie cyfrowej została wyemitowana w Radiu UKSW. Chętnych do jej odsłuchania, zapraszam do kontaktu mailowego bądź odwiedzenia Archiwum Radia.

Dodaj komentarz

Zaprojektuj witrynę taką jak ta za pomocą WordPress.com
Rozpocznij